Get Adobe Flash player
Reklama

Dariusz Żuk-Olszewski: Polak i Słowak w jednej osobie

Powiedzieć, że znaliśmy się tylko z widzenia, to przesada, bo Dariusz Żuk-Olszewski w środowisku polonijnym jest osobą aktywną, cenioną, a o jego wykładach, wystawach czy innych działaniach pisaliśmy na łamach „Monitora“ nie raz.

Ale dopiero teraz udało nam się spotkać, by poznać się bliżej i porozmawiać o jego przodkach i drodze życiowej. Trzeba przyznać, że było to spotkanie bardzo interesujące i inspirujące.

W piękne niedzielne październikowe popołudnie spotykamy się w parkowej kawiarni pod zamkiem w Nitrze, czyli rodzinnym mieście naszego bohatera. Od razu zaczynamy rozmowę, bo wątków, które chcę z Dariuszem Żukiem-Olszewskim omówić, jest więcej. Zaczynamy od tego, jak odczuwa polskość ktoś, kto urodził się na Słowacji, w rodzinie, w której jedno z rodziców było Polakiem. Darek zyskał moje uznanie, ponieważ nie wszyscy Słowacy polskiego pochodzenia chętnie mówią o polskości i angażują się w życie polonijne. Dariusz wydaje się być tym moim stwierdzeniem trochę onieśmielony.

Podczas godzinnej rozmowy jeszcze nie raz się przekonam o tym, że skromność to jedna z jego głównych cech. Podobnie reaguje, kiedy chwalę go za profesjonalne tłumaczenie z polskiego na słowacki i odwrotnie podczas różnych uroczystości. W ten sposób zaczynamy rozmowę o jego dzieciństwie, które było nasycone Polską. Tą Polską, którą do rodzinnego domu Darka wniósł ojciec.

 

Z ziemi polskiej do Nitry

„Mój tato urodził się w polskiej rodzinie w Samborze koło Lwowa jeszcze w ostatnich miesiącach Austro-Węgier. Jego miasto rodzinne po drugiej wojnie światowej znalazło się w granicach Związku Radzieckiego, więc już tam nigdy nie powrócił“ – zaczyna opowieść Darek. Józef Żuk-Olszewski był członkiem Wojska Polskiego, brygady generała Stanisława Maczka. We wrześniu 1939 r. internowano go na Węgrzech. Czas wojny spędził w obozach na południu dzisiejszej Słowacji. Po jej zakończeniu pozostał w Czechosłowacji, osiadł w Nitrze, gdzie założył rodzinę.

Pracował jako geodeta w Instytucie Archeologii Słowackiej Akademii Nauk w Nitrze. Co ciekawe, był jednym z pierwszych pracowników tej placówki naukowej. Tu na świat przyszedł Darek i trójka jego rodzeństwa: dwóch braci i siostra. Kiedy pytam o ich losy, dowiaduję się, że jeden z braci mieszka w Wiedniu i śpiewa w Volskoper, drugi od lat mieszka z rodziną w Veľkým Krtíšu na południu Słowacji, a siostra jest zakonnicą, która wiele lat spędziła na misjach w Azji.


Dominacja słowackiego

„Miałem to szczęście, że mój tato poświęcał mnie i młodszemu bratu bardzo dużo czasu, ponieważ kiedy byliśmy w wieku szkolnym, tato przeszedł na emeryturę“ – wspomina Dariusz. Od razu pytam, czy rozmawiali po polsku, ale okazuje się, że tato nie miał aż tyle cierpliwości i wszelkie próby wprowadzania polskiego do codziennego porozumiewania się kończyły się tym samym: gdy dzieci odpowiadały po słowacku, on też przechodził na słowacki.

„Podobnie to wygląda u nas w domu“ – zdradza Darek, który ożenił się z Renatą, Słowaczką węgierskiego pochodzenia, z którą mają piątkę dzieci: dwóch synów (Jakuba i Mateusza Maksymiliana) i trzy córki (Weronikę, Agatę i Dorotę Klarę). Wszystkie znają polski, uczęszczają na zajęcia do szkółki polonijnej Klubu Polskiego w Nitrze, ale w domu rozmawiają po słowacku.


Hejnał z Wieży Mariackiej

Jak zatem doszło do tego, że Dariusz tak świetnie mówi po polsku? „U nas zawsze było włączone Polskie Radio lub Głos Ameryki po polsku“ – mówi mój rozmówca. Mały Darek wyrastał na polskich audycjach, pamięta dokładnie dżingle, muzykę z różnych programów radiowych, dialogi no i hejnał z Wieży Mariackiej, który każdego dnia w południe wyznaczał czas jego polsko-słowackiej rodzinie mieszkającej w Nitrze. Ciągnę ten wątek i dopytuję Darka, kiedy po raz pierwszy usłyszał hejnał na żywo.

Okazuje się, że mój rozmówca po raz pierwszy był w Polsce jako nastolatek. Wtedy odbył dwudniową wycieczkę do Zakopanego, Krakowa i Opola wlokącym się wiele godzin pociągiem. Kiedy wysiadł w Krakowie i poszedł na Rynek Główny, przeżył coś, co pamięta do dziś. „Po raz pierwszy postawiłem swoją stopę na ziemi ojczystej mojego taty, o której tyle słyszałem, którą żyłem, którą chłonąłem z jego opowiadań. I pamiętam ciarki, które mi przebiegły po plecach, gdy po raz pierwszy na żywo usłyszałem hejnał z wieży“ – wspomina.

 

Polskie święta

Polska w domu rodzinnym państwa Żuków-Olszewskich była stale obecna. Nie tylko za sprawą radia, ale i kuchni. Najczęściej gotował tato. Oczywiście polskie dania. „Wszystkie święta celebrowaliśmy po polsku, mama się dostosowała do preferencji kulinarnych taty, a wigilijne potrawy to były oczywiście barszcz z uszkami i pierogi ruskie“ – wspomina mój rozmówca.

Z kolei niektóre typowe słowackie potrawy wigilijne, takie jak kapustnica, poznał dzięki opowiadaniom kolegów. Kiedy założył własną rodzinę, żona zaakceptowała polskie elementy w ich wspólnej świątecznej dramaturgii Bożego Narodzenia.

 

Gość w dom, Bóg w dom

Wygląda na to, że wpływ ojca na życie mojego rozmówcy był ogromny. To ojciec skupiał wokół siebie innych Polaków, którzy w Nitrze się pojawiali. „Tato był bardzo znany w środowisku uniwersyteckim, a tu, do Nitry zawsze przyjeżdżało wielu studentów z Polski, więc nic dziwnego, że odsyłano ich do nas“ – opisuje Darek.

W ten sposób w ich mieszkaniu bywali, a czasami nawet pomieszkiwali wszyscy ci Polacy, którzy potrzebowali pomocy lub po prostu miejsca, gdzie mogliby skłonić głowę. Dzięki temu Darek na własnej skórze doświadczał, co znaczy powiedzenie: „Gość w dom, Bóg w dom“. Czasami rodzina musiała żyć skromniej, by móc ugościć przybyszy z Polski. „W takiej atmosferze wyrastałem, wtedy tylko się przysłuchiwałem różnym rozmowom Polaków, ale dziś wiem, że miały one na mnie bardzo duży wpływ“ – konstatuje.


Poszukiwania na własną rękę

Jak sam przyznaje, do pewnego momentu był tylko słuchaczem lub obserwatorem tego, co go otaczało, a co było jakby przynależne ojcu. Dopiero śmierć taty otworzyła mu oczy na Polskę, której zaczął poszukiwać na własną rękę. „Nastał taki przełom, kiedy sam z siebie zacząłem się interesować Polską. Stało się to wtedy, kiedy zabrakło taty, jakbym chciał w ten sposób wypełnić pustkę po nim“ – szczerze wyznaje.

Miał wtedy 16 lat i odejście ojca mocno przewartościowało jego życie. Dariusz zaczął uczyć się języka polskiego, czytać po polsku. Dziś doskonale wie, że znajomość polskiego języka to dodatkowy atut w życiu zawodowym i nie tylko. „Literatura polska jest niesamowitą skarbnicą wiedzy!“ – zachwyca się mój rozmówca, którego znajomość polskiego zaprowadziła aż do Niepokalanowa i tak ukształtowała jego ścieżkę zawodową.


Święty Maksymilian Kolbe

Jego zawodowa, ale ich sercowa fascynacja dotyczy Maksymiliana Kolbego. „Święty Maksymilian Kolbe jest znany na Słowacji dzięki swojej heroicznej śmierci za nieznanego współwięźnia w niemieckim obozie zagłady Auschwitz, ale jego życie i dzieło, poprzedzające tę męczeńską śmierć, już tak znane nie są“ – wyjaśnia Darek, który zainteresował się życiem Kolbego do takiego stopnia, że poświęcił mu swoją pracę doktorską, przeprowadził wiele wykładów na jego temat, a w ubiegłym roku napisał książkę o naszym rodaku, zatytułowaną „Świadek bezgranicznej miłości“.

Pozycja ta pojawiła się na rynku słowackim z okazji 75. rocznicy śmierci św. Maksymiliana. Dariusz jest także prezesem Stowarzyszenia Dzieło Świętego Maksymiliana na Słowacji. „Kolbe to geniusz XX wieku: niezwykły kapłan, wynalazca, dziennikarz, misjonarz, działacz społeczny, przede wszystkim jednak prawdziwy chrześcijanin, wielki polski patriota, a jednocześnie obywatel świata, który zasługuje na głębsze poznanie“ – mówi, a ja widzę, że oczy jego zaczynają błyszczeć, kiedy może kogoś zainteresować tym wielkim Polakiem. Dla niego to wzór do naśladowania i dlatego we wstępie do jego książki można przeczytać, iż jest to pozycja dla każdego, kto szuka wzoru prawdziwej miłości, gdyż w osobie św. Maksymiliana Kolbego może go znaleźć.


Zawodowo

W ten sposób dowiaduję się, że Dariusz spędził w archiwum klasztoru w Niepokalanowie mnóstwo czasu. Jego badania pokazują wiele nowych wątków z życia polskiego świętego, ale i też słowackie ślady, z których mało kto sobie zdaje sprawę. Wszystko to Dariusz zawarł zarówno w książce, jak i artykułach naukowych – jest on bowiem absolwentem studiów teologicznych, które ukończył na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego w Warszawie, Wydziale Teologii Katolickiej Uniwersytetu Komeńskiego w Bratysławie, zaś doktorat w zakresie teorii nauczania religii obronił w Katedrze Katechetyki i Teologii Praktycznej Wydziału Pedagogicznego Uniwersytetu Katolickiego w Rużomberoku na podstawie rozprawy, zatytułowanej „Apostolat i dzieło katechetyczne św. Maksymiliana M. Kolbego“. Był pracownikiem Katedry Studiów Religijnych Wydziału Filozoficznego Uniwersytetu Konstantyna Filozofa w Nitrze.

Obecnie pracuje w Komisji ds. Katechizacji i Szkolnictwa Konferencji Episkopatu Słowacji, jest też asystentem posłanki słowackiego parlamentu Anny Verešovej. „W swojej pracy chciałbym się przyczynić choć trochę do budowania pozytywnego obrazu Polski i Polaków w słowackim społeczeństwie – moim zdaniem to pod wieloma względami dwa najbliższe narody – a w szczególności o pogłębienie przyjaznych relacji słowackich i polskich parlamentarzystów“ – mówi Dariusz o swojej działalności.



Wiara na obczyźnie

Pytam Dariusza, czy według niego łatwiej jest utrzymywać polskość w kręgach katolików, a on odpowiada, że na pewno wiara katolicka jest głęboko wpisana w kod genetyczny Polaków. „Wszystkie najważniejsze wydarzenia z historii Polski rodziły się w kręgach katolickich i były przez nie wspierane“ – wyjaśnia, choć od razu zaznacza, że zdaje sobie sprawę, że nie wszyscy muszą być wierzący i że polskość nie jest tożsama z katolicyzmem.

Kiedy rozmawiamy o wierze, dowiaduję się, że Darek przez wiele lat (od 1991-2007) był redaktorem naczelnym słowackiej edycji czasopisma „Rycerz Niepokalanej” (Rytier Nepoškvrnenej). Słysząc, z jakim entuzjazmem opowiada o tej działalności, wyczuwam, że wydarzenie sprzed dziesięciu lat, kiedy pismo przestało się ukazywać, bardzo przeżył. Dziś tę pustkę po tamtym piśmie zastępuje publikacjami w innych mediach katolickich, np. w czeskim czasopiśmie „Immaculata” (Neposkvrněná), które dociera również do słowackich czytelników.


Dom w Polsce?

Wspólnie się zastanawiamy, czy mój rozmówca mógłby zamieszkać w Polsce, gdzie co prawda ma mnóstwo znajomych i przyjaciół, ale nie ma już tam rodzinny. I wtedy się dowiaduję, że trzy lata temu odnalazł bliską osobę z rodziny ojca, która mieszka w Rzeszowie. To spotkanie wywarło na Darku duże wrażenie, bo to jedna z ostatnich żyjących osób, znających tatę od dzieciństwa – jego siostra. Spoglądam na niego i widzę, że bardzo sobie ceni kontakt z odnalezioną ciotką.

Owszem, mógłby zamieszkać w Polsce, ale uwarunkowania rodzinne trzymają go na Słowacji. O przeprowadzce do Polski nie ma więc co myśleć. I dobrze, gdyż na Darek czeka mnóstwo wyzwań na Słowacji, również tych związanych z naszą mniejszością. Od czerwca bowiem jest naszym reprezentantem w Komisji Mniejszości Narodowych i Grup Etnicznych, działającej w Kancelarii Rady Ministrów RS.

 

Drogowskaz

Pod koniec rozmowy pytam jeszcze Darka, jak sobie radzi ze swoją tożsamością, czy jest w połowie Polakiem, a w połowie Słowackiem. Mój rozmówca nie uchyla się od odpowiedzi, ale pokazuje mi jeszcze inny punkt spojrzenia na to zagadnienie: „Jestem całym Polakiem i całym Słowakiem, potrafię to godzić w sobie“. I to jest podpowiedź dla tych wszystkich, którzy próbują w matematyczny sposób odpowiedzieć na pytanie o własną tożsamość. Rozumowanie Darka może nam posłużyć jako dobry drogowskaz.


Małgorzata Wojcieszyńska, Nitra

Zdjęcia: Stano Stehlik i archiwum rodzinne D. Żuka-Olszewskiego


Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież