Get Adobe Flash player
Reklama

Czesław Mozil: „Jestem prostym grajkiem“

Z kim najlepiej porozmawiać o emigracji? Z kimś, kto jej doświadczył na własnej skórze.

A jeśli o swoim życiu, twórczości i spostrzeżeniach potrafi ciekawie opowiedzieć, to jest to rozmówca idealny. I takim się okazał nasz bohater podczas spotkania, które poprzedzało jego występ dla wiedeńskiej Polonii. Czesław Mozil, bo o nim mowa, to artysta niebanalny, który przed laty rozkochał Polaków w swoim śpiewie i akordeonie. Wszystko to po tym, kiedy już jako dorosły człowiek wrócił z Danii do Polski.


I Pan, i ja, i czytelnicy naszego pisma jesteśmy emigrantami. Jak według Pana brzmi słowo „emigrant“: dumnie, ciekawie czy wstydliwie?

Emigracja to nie wstyd, choć obecnie to słowo w polskiej rzeczywistości ma coraz gorszy wydźwięk. Boli mnie, kiedy coraz częściej słyszę, że emigranci to zdrajcy narodu, nieudacznicy.


Czym dla Pana jest emigracja?

Cóż, to całe moje życie! My Polacy zawsze się przemieszczaliśmy. Z różnych powodów. Nie ma drugiej takiej samej historii. Trzy lata temu poruszyłem ten temat, bo sądziłem, że mam prawo mówić o emigracji. Nie obrazili się na mnie emigranci, ale obrazili się na mnie Polacy, którzy nigdy na emigracji nie byli.


Po co to Panu było?

Żeby właśnie zmienić negatywny wydźwięk słowa „emigrant“. Zostałem wychowany tak, że w naszym domu nigdy się na Polskę nie uskarżało, ale nigdy też się nie uskarżało na Danię. Ja wiem, że to, o czym mówię podczas spektaklu, nie musi się wszystkim podobać. Reakcje widzów są różne: pewna pani konsul po moim występie w kraju, w którym ona urzęduje, powiedziała mi, że dawno nikt nie zrobił dla Polonii czegoś tak ciekawego i ważnego. Z kolei ambasador w innym kraju na takim samym spektaklu siedział poważny i ani razu się nie uśmiechnął.


Może to nie jest zabawne przedstawienie?

Podczas przedstawienia widzowie się śmieją wiele razy, ale potem podchodzą i mówią, że to był jeden z najsmutniejszych spektakli.


O co więc chodzi?

To jest taka autoterapia, bardziej muzyczny stand up. Opowiadam o emigracji, ale nie tej Gortata czy Lewandowskiego. Opisuję rozdarcia i tęsknoty. Wie pani, ja to gram też w małych miasteczkach Polski, gdzie przychodzi sto, sto pięćdziesiąt osób i często bywa tak, że oni po koncercie dziękują. Dziękują, że taki człowiek jak ja wyszedł na scenę, obnażył się przed nimi i dał im nadzieję.


Nadzieję? Na co?

Na przykład na to, że mogą mieć własne poglądy. Ja jestem prostym grajkiem i zapłaciłem dużą cenę za poruszenie tematu emigracji. Bardzo wielu Polaków w kraju nie rozumie tego, co my emigranci w różnych sytuacjach przeżywamy. Szczególnie młodzi ludzie, którzy wyrastają w jakimś kraju, a ich rodzina pochodzi skądinąd. Rodzą się wtedy pytania o tożsamość – kim jestem? Ja dziś już wiem, że nie muszą na te pytania odpowiadać, bo ja się czuję fantastycznie jako obywatel polsko-duński, mieszkający w Warszawie.


Jak Panu jest w tej Warszawie?

Nigdy nie czułem się tak dobrze, jak obecnie: w swoim mieszkaniu na warszawskiej Pradze, ze swoją żoną. Nie czuję się rozdarty, ale mam poczucie, że moja Polska wciąż mnie może zaskakiwać.


Pozytywnie czy negatywnie?

I tak, i tak. Na przykład niektórzy podczas moich występów poczuli się dotknięci. A mnie to dziwi. Ja nikogo nie atakuję, wręcz przeciwnie, mówię o miłosierdziu. Nie rozumiem tego, dlaczego miłosierdzie w katolickim kraju kojarzy się z czymś złym. I podnoszą się głosy: jak to, my będziemy pomagać? Przecież jesteśmy takim biednym krajem! Jak my pokrzywdzeni Polacy możemy być miłosierni?

No to wygląda na to, jakby Pan chciał spełnić jakąś misję! Ksiądz w cywilu?

Trochę tak. Ale nie moralizuję, raczej pokazuję lustro, żebyśmy poznali sami siebie.


Historia Pana życia jest specyficzna, bo Pan emigrował dwukrotnie. Stąd moje pytanie, gdzie jest Pan na emigracji: w Polsce czy w Danii?


Nawet nad tym się nie zastanawiam, ponieważ moja rzeczywistość to Dania i na Polska. Do Danii często jeżdżę, tam mieszka mój ojciec, siostra z mężem i dziećmi. To tylko godzina samolotem! Nawet dzisiaj oglądałem projekty domków ogrodowych i będę się starał namówić ojca, by taki domek postawić w jego ogrodzie.

Planuję bowiem częstsze wizyty u niego, bo tata ma już prawie 70 lat. Ale kiedyś się nie spodziewałem, że będę mógł mieszkać w Polsce i że będę miał poczucie, że jestem tu potrzebny.


Czuje się Pan bardziej potrzebny w Polsce?

Na pewno. Nigdy nie czułem się Duńczykiem, choć oprócz polskiego mam również i duńskie obywatelstwo. Co ciekawe, ponieważ mieszkam poza Danią ponad sześć miesięcy, nie mam prawa brać udziału w wyborach. To dotyczy każdego Duńczyka, który mieszka ponad pół roku poza krajem.


Co spowodowało, że przyjechał Pan do Polski?

Dla mnie każdy przyjazd na wakacje do Polski to była wielka frajda. Widziałem, jak co roku ta Polska się zmieniała, aż przyszedł taki moment, że chciałem w niej zamieszkać. Ojciec dopytywał się, co ja tam będę robił.


Odradzał przeprowadzkę?

Nie, tego nie powiedziałem. Tata wiedział, że to może być trudne. Chciałem grać koncerty, tak jak to robiłem w Danii, ale nie wiedziałem, czy będę mógł z tego żyć. Żaden muzyk nie ma pewności, czy wyżyje z muzyki. Wtedy powiedziałem tacie, że muszę zamieszkać w Polsce, w kraju, który kiedyś opuścili z mamą, bo chcę sprawdzić, czy się odnajdę w polskiej rzeczywistości.

Odbiera to Pan jako pewnego rodzaju spłatę długu?

Nie, wcale nie. To jest prostsze – mnie po prostu ciągnęło do Polski. Kiedyś fascynowała mnie każda Polka, bo mówiła językiem mojej matki. A kiedy przyjeżdżałem do Polski, niesamowite było to, że tu wszyscy mówili po polsku! Żadnego spłacania długu, bo u nikogo żadnego długu nie zaciągałem.


Kiedy osiągnął Pan w Polsce sukces, rodzice poczuli dumę z syna?

Myślę, że tak. Oni zawsze byli ze mnie dumni. Mamę szczególnie cieszył mój powrót do Polski, bo chciała, żebym lepiej poznał polską kulturę. Jednak na emigracji dostęp do niej jest ograniczony, choć mama, która już niestety nie żyje, bardzo się starała o moją polską edukację. Dla obojga rodziców najważniejsze zawsze było to, żebym był szczęśliwy. Oni dopytywali wciąż, czy to, co robię, daje mi szczęście, bo to mi pochłania większość mojego czasu. Wie pani, bo ja bardzo dużo pracuję. Jestem pracoholikiem.


I daje to Panu szczęście?

Ogromne! Nie rozumiem, jak można marzyć o wieku emerytalnym. I nie rozumiem, dlaczego Polska jako jedyny kraj w Europie obniża wiek emerytalny. Badania pokazują, że póki pracujemy, to żyjemy. Najgorsze, co by mnie mogło spotkać na starość, to to, że nie mógłbym być do czegoś przydatny.

Gdyby nie muzyka, jaki był Pana pomysł na życie?

Muzyka była zawsze. Ale nie spodziewałem się, że mi otworzy drzwi w Polsce, gdzie ja, wychowany poza tym krajem, będę mógł wnieść trochę luzu i dystansu. Ten dystans do siebie to bardzo ważna rzecz. Niestety, wydaje mi się, że Polacy powoli tracą umiejętność śmiania się z siebie samych.


Duńczycy potrafią śmiać się z siebie?

Potrafią. Są dumnym narodem, ale mają dystans do siebie i są bardzo szczęśliwi.


Ma Pan pomysł na to, jak uszczęśliwić Polaków, żeby też nabrali trochę dystansu do siebie?

Na pewno kształcą podróże. Najgorszym rozwiązaniem jest zamykanie się. Zamykanie granic, zamykanie na innych. Ludzie nie pamiętają, jak to kiedyś było. Wie pani, czasami mam poczucie, że to ja, który mieszkałem poza Polską, lepiej znam polską historię niż niektórzy, którzy w Polsce mieszkają na stałe.

Zdecydowanie, podróże kształcą i nie można się dziwić, że dużo młodych ludzi myśli o emigracji. Jednoznacznie polecam też młodym, żeby mieli pracę, szukali sobie różnych zajęć. Ja na przykład w wieku 14 lat rozwoziłem rowerem gazety po osiedlach.

I podobno na pierwszy akordeon zarobił Pan, pracując w McDonald’s?

Tak, praca kształci. Dobrze jest w młodym wieku nauczyć się szanować pracę. Na emigracji człowiek się łapie różnych zajęć! Ja chyba robiłem już wszystko. Jakby kiedyś wybuchła wojna, żadna praca mnie nie zaskoczony.


To brzmi pesymistycznie.

W tych czasach nie wszystko wygląda optymistycznie.


A skąd pomysł na akordeon? Dzięki Panu i Marcinowi Wyrostkowi (akordeonista, który w 2009 roku wygrał drugą edycję programu „Mam talent“) przeżywa on swoje drugie życie, a przecież kiedyś to był obciach.

W Polsce dużo rzeczy było obciachem. Na przykład folklor. Ale ma pani rację, akordeonem jakoś się udało zainteresować ludzi i muszę powiedzieć, że sporo nauczycieli gry na tym instrumencie podchodziło do mnie i dziękowało. Nawet jeszcze przed wygraną Marcina Wyrostka. To było cudowne. Choć wie pani co? Wydaje mi się, że ten akordeon cały czas jest obciachem, tylko trzeba umieć go dźwigać.

Pan to potrafi?

Tak.


A jak Pan udźwignął rolę w filmie „Szkoła uwodzenia Czesława M.“?

O filmie nie mówmy. Była to ciężka praca, ale efekt jest bardzo nieudany. To nie będzie hicior.


Jak się Pan czuł w roli aktora?

Uwielbiam eksperymentować. Ale wie pani co, za dwadzieścia lat może nikt nie będzie pamiętał mojej muzyki ani tej roli w filmie, ale za to – tego jestem pewien – dla całej generacji młodych ludzie będę Bałwankiem Olafem, któremu użyczyłem głosu. Jesienią na ekrany kin wejdą „Przygody Olafa“. I to jest takie niesamowite, że Bałwanek Olaf w naszym kraju mówi z duńskim akcentem.


Super! Ale Pański głos możemy również kojarzyć z wierszami Miłosza!

No tak. Niedługo będziemy nagrywać kolejną płytę. Tym razem z nieznanymi wierszami Agnieszki Osieckiej, które nigdy nie miały być piosenkami, ponieważ są zbyt krótkie i jakieś takie krzywe. W styczniu powinna się ta płyta ukazać. A potem kończę z trudnymi tematami, zaczynam śpiewać o miłości i będę występował w Opolu.


Małgorzata Wojcieszyńska, Wiedeń

Autorka składa podziękowanie pani Marii Buczak z Towarzystwa Kulturalnego Takt za umówienie wywiadu oraz pani Teresie Kopeć – organizatorce koncertu z Forum Polonii w Austrii

 

Zdjęcia: Stano Stehlik


Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież