Get Adobe Flash player
Reklama

Z Marcinem Szczygielskim o jego nałogu, czyli o... książkach

Udało nam się spotkać w Wiedniu, na premierze jego sztuki „Wydmuszka“.

Podczas rozmowy opowiedział nam o swoim nałogu, dlaczego interesują go ludzie wykluczeni, jak udało mu się osiągnąć sukces i dlaczego chętniej pisze dla dzieci i młodzieży niż dla dorosłych. Marcin Szczygielski to nie tylko doskonały pisarz, ale i ciekawy rozmówca, z którym można porozmawiać na każdy temat.


Spotykamy się na wiedeńskiej premierze Pana sztuki „Wydmuszka“. Jest Pan zadowolony z tego, jak została ona tu przygotowana?

Tak. Mówi się, że najlepszy autor dla reżysera przedstawienia czy filmu to taki, który już nie żyje. Ja jestem wygodnym autorem, ponieważ jestem za każdym razem zachwycony tym, że postaci, które wymyśliłem, wstają z kart papieru i pojawiają się przede mną. Po postawieniu ostatniej kropki, obojętnie, czy jest to koniec sztuki, czy książki, przestaje ona być moją własnością i żyje własnym życiem.


Sztuka dotyczy świata kobiet. Jest Pan uważnym ich obserwatorem?

Zdecydowanie. Przychodzi mi to bez trudu, ponieważ wychowywały mnie kobiety – w mojej rodzinie zawsze ich było więcej niż mężczyzn.


Co Pana fascynuje w kobietach?

Uważam, że kobiety są bardziej wszechstronne, postrzegają świat w większej liczbie wymiarów, głębiej go odbierają i odczuwają. W książkach raz biorę na warsztat bohatera męskiego, raz kobiecego, ale w przedstawieniach teatralnych jednak kobiety są dla mnie na pierwszym planie. Mężczyźni, nawet jeżeli w nich występują, i tak są przyćmieni kobietami.


Pana życie charakteryzuje różnorodność – był Pan dyrektorem kreatywnym portalu Ahoj.pl, redaktorem tygodnika „Wprost“, projektował m.in. makietę graficzną magazynu „Gala“, pracował w redakcji pisma poświęconego mieszkaniom itp. Pana książki także dotyczą bardzo różnych tematów. Z czego to wynika?

Dosyć łatwo się rozpraszam i interesuję różnymi rzeczami. To jest przydatne w pisaniu beletrystyki, ale na pewno nie potrafiłbym być publicystą, zajmującym się opracowaniami faktograficznymi, bo zbyt szybko tracę zainteresowanie tematem.


Ale napisał Pan faktograficzną książkę o zespole „Filipinki“.

W „Filipinkach“ występowała moja mama i wszystkie przyszywane ciocie, więc tym tematem żyłem od dziecka. Dodatkowo czułem się winny, że przez to, iż przyszedłem na świat, mama przestała śpiewać. Czułem się w obowiązku, żeby utrwalić ją i jej koleżanki.


Napisał Pan tę książkę z poczucia winy?

Ale też z miłości do mamy, moich cioć, do tamtego okresu i muzyki.


A co Pana zafascynowało w przedwojennej aktorce Inie Benito, która zainspirowała Pana do napisania książki „Poczet Królowych Polskich“?

Wydała mi się ona niewiarygodnie nowoczesna jak na aktorkę występującą w latach 30. Większość z nich była naiwna, wręcz infantylna. Benita zdecydowanie wyprzedzała swój czas. Była trochę jak Marylin Monroe swego okresu. Nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego tak mało o niej się mówi i pisze. Zacząłem szukać informacji i tak trafiłem do Domu Artysty Weterana w Skolimowie, gdzie niektóre osoby tam przebywające zechciały ze mną porozmawiać o niej. Zakładałem, że stworzę prawdziwą biografię, ale uświadomiłem sobie, że jest to niemożliwe. Z zebranych opowieści wyłaniał się bowiem obraz dziewczyny, która sporo kłamała na swój temat. Postanowiłem więc stworzyć beletrystkę obyczajową. Inspirowana nią postać odgrywa główną rolę.


W ciągu 14 lat napisał Pan 8 książek dla młodzieży, 17 dla dorosłych. To średnio dwie książki rocznie. Jest Pan pracoholikiem? A może to wynik zdrowej samodyscypliny?

Samodyscyplina jest niezbędna. Ponieważ prowadzę wydawnictwo, dzielę życie na pracę pisarza, twórcy, literata i wydawcy. Trudno to pogodzić w czasie, więc tak sobie to wymyśliłem, że dzielę rok na cztery okresy. Zimę najczęściej spędzam nad morzem i piszę. Wiosną, aż do czerwca, angażuję się w przygotowania do międzynarodowych targów książki, wydawania nowych publikacji. Potem do sierpnia znów mogę zająć się pisaniem. Zaś jesień to czas na drukowanie książek i ich sprzedawanie.


Całe Pańskie życie toczy się wokół książek!

Moja mama zawsze stawiała książkę na piedestale. Mogło nie być szynki, mogło nie być kolorowego telewizora, ale książki były zawsze. Ona mi tę miłość do czytania wpoiła.


Zatem to naturalna droga poprzez czytelnictwo do roli pisarza?

Pochłaniając ogromną liczbę książek, jakoś to swoje słownictwo kształtowałem i jakby uczyłem się, jak słowa składać, budować zdania. W pracy pisarza niezbędne jest chyba też zamiłowanie do opowiadania historii i gawędziarstwa.


Jest Pan gawędziarzem?

Ponieważ jestem człowiekiem nieśmiałym, realizuję się w tej materii, pisząc. Rozmowy, które toczę w głowie z moimi bohaterami, w zupełności zaspokajają moją potrzebę interakcji międzyludzkich. Pisanie daje mi szczęście, a jeżeli człowiek się realizuje i czuje radość z tego co robi, wkłada więcej serca i robi to chętniej.


W ten sposób wyłania się nam lista niezbędnych cech, które powinien posiadać pisarz. Coś jeszcze by Pan do tej listy dorzucił?

Na pewno cierpliwość. To jest rzecz, której uczyłem się najdłużej. Kiedy się siada do komputera, do maszyny do pisania czy przed kartką papieru i patrzy się na ten pusty papier, to człowiek widzi ogrom pracy przed sobą. Taką górę do przepchnięcia. Trzeba nauczyć się mocno mobilizować i skupiać na poszczególnych etapach pracy. I to było dla mnie najtrudniejsze.


Jak się domyślam na bezludną wyspę spakowałby Pan książki.

Myślę, że tak, aczkolwiek kiedy zacząłem pisać, mniej czytam, a jeśli już, to najczęściej to, co jest mi potrzebne do pracy.


Mówi się, że w dzisiejszych czasach niemal każdy chce pisać, a mało kto czyta. Oby więc po tym Pana wyznaniu ludzie nie przestali zupełnie czytać.

Mam nadzieję, że nie przestaną. Zwykło się mówić, że dzieci mało czytają, ale kiedy jeżdżę do szkół na spotkania z dziećmi, widzę, że to nieprawda.


Ale Pan znalazł sposób, jak zainteresować dzieciaki książkami.

Trochę tak, ale o to zainteresowanie trzeba zabiegać, raz tych czytelników jest więcej, raz mniej. Kiedyś, gdy ja dorastałem, czytanie było jedyną dostępną dla mnie formą rozrywki. Mama pracowała na dwóch etatach, nie było jej w domu przez większą część doby, widywałem ją tylko rano i przez dwie godziny po południu, większość czasu spędzałem w domu sam. Kiedy miałem 8 lat, zacząłem nałogowo czytać książki.

 


To chyba dobry nałóg?

No tak, ale raz w miesiącu wybierałem się do przychodni lekarskiej i kłamałem lekarzowi, że jestem bardzo chory, by ten dał mi zwolnienie. Potem wypożyczałem z biblioteki 5 – 6 książek, kupowałem dwa kilogramy ziemniaków, wrzucałem je do piekarnika, siadałem po turecku przy kuchence i czytałem w oczekiwaniu, aż się ziemniaki upieką.


Myśli Pan, że coś podobnego robią Pana czytelnicy?

Nigdy tak otwarcie nie rozmawiałem z moimi małymi czytelnikami, bo i tak niektórzy nauczyciele podczas spotkań autorskich nie wiedzą, jak zareagować, gdy czasami powiem coś niepedagogicznego.


Zapraszają Pana do szkół na spotkania z uczniami, ponieważ Pana książki są w spisie lektur?

Trzy moje książki były na liście lektur uzupełniających, ale już ich nie będzie. Dowiedziałem się, że „Arka czasu“ jest w spisie lektur w Austrii, co mnie bardzo ucieszyło.


W „Arce czasu“ porusza Pan temat getta warszawskiego. Skąd taki pomysł? Interesują Pana ludzie wykluczeni?

Na pewno tak. Ja sam się czuję trochę wykluczony z różnych powodów i zawsze się identyfikowałem z bohaterami wykluczonymi. Ze wstydem zorientowałem się, że mimo iż w Warszawie się wychowywałem, chodziłem do szkoły, która znajdowała się na terenie byłego getta, w ogóle nie miałem pojęcia o tym, czym getto warszawskie było. Dzięki Stefanii Grodzieńskiej (pisarka, autorka, satyryczka, 1914 – 2010 - przyp. od. red.), która mi o tym opowiadała, zacząłem się interesować gettem, poznawać jego historię. Przez ładnych parę lat czytałem relacje ludzi ocalałych w holokauście, relacje mieszkańców getta. Szukałem senesu w tym, co się stało, i chciałem zrozumieć, jak to się mogło wydarzyć.

 


Znalazł Pan sens?

Nie. Ale myślę, że ta potrzeba zrozumienia jest motorem, który napędza wszystkich, zajmujących się tą tematyką.


Ten temat interesuje czytelników?

Wydaliśmy w „Latarniku“ książkę Krystyny Żywulskiej pt. „Pusta woda“. To jest jej autobiografia z okresu, który przeżyła w getcie. Obserwowałem reakcje ludzi, którzy podchodzili do naszego stoiska na targach książki, brali do ręki egzemplarz ze względu na bardzo atrakcyjną okładkę. Kiedy dowiadywali się, że to o getcie warszawskim, odkładali książkę, mówiąc, że nie będą czytać, bo to takie smutne losy. Wtedy uświadomiłem sobie, że jeśli tak będziemy do tego podchodzili, to pamięć o tych wydarzeniach się zatrze. One zostaną sprowadzone do faktu historycznego, który nie będzie skłaniał ludzi do myślenia.


Pańskim sposobem, żeby zainteresować młodszych czytelników tym tematem, jest właśnie książka „Arka czasu“?

Tak. Być może dorośli już są straceni, mają wyrobione zdanie i wygrywa u nich niechęć do tego tematu, ale dzieci można zainteresować. Moja książka nie jest kompendium wiedzy ani podręcznikiem historycznym, ale impresją z życia dziecka w getcie warszawskim. Dodatkowo okraszoną fantastyczną nutą. W pewnym wymiarze można nawet powiedzieć, że jest to książka przygodowa. Pisząc ją i wypuszczając z rąk, miałem nadzieję, że ja tych młodych ludzi skłonię do zadawania pytań.


Skłonił Pan?

Ku mojemu zdumieniu i radości spotkałem kilkoro małych czytelników, którzy bardzo się tym tematem zainteresowali. Największym zaskoczeniem i najwspanialszym przeżyciem było spotkanie z ośmiolatką, z którą przyszli rodzice. Oni nie mieli bladego pojęcia o getcie warszawskim, a ona przeczytała „Arkę czasu“ i zmusiła ich, żeby w każdy weekend chodzili na teren getta, oglądali miejsca, gdzie kiedyś stały jego mury. Myślę, że jeśli jedna, dwie czy dziesięć osób tak podejdzie do tematu, to jest to sukces.

 

 

Zatem opłaca się taka praca, choćby tylko dla kilkorga czytelników?

Myślę, że tak. Tak to jest z pisaniem książek dla młodzieży, które mają stosunkowo niską sprzedaż. O ile książek dla dorosłych sprzedamy 10 tysięcy, o tyle dla młodzieży – powiedzmy 2 tysiące. Wynika to z tego, że dzieci są małe, nie decydują o sobie, nie zarabiają pieniędzy, są skazane na to, co kupią ich rodzice. Ale jeśli jednemu dziecku da się książkę i ona mu się spodoba, to ono zaniesie ją kolejnym kilkunastu czytelnikom.


Czuje Pan, że spełnia jakąś misję?

Nigdy tak o sobie nie myślałem, ale na pewno odczuwam głębszą satysfakcję, pisząc książki dla młodzieży niż dla dorosłych. Mam wrażenie, że w ten sposób robię coś ważnego.

 

Znalazł Pan swoją niszę?

Zdecydowanie tak. Być może moja psychika pisania jest właściwsza dla dziecięcego odbiorcy.

 

Jesienią ubiegłego roku na ekrany kin weszła ekranizacja Pana książki „Za niebieskimi drzwiami“. To udany film?

Bardzo. Producenci nawet się nie spodziewali, że będzie on cieszył się aż takim zainteresowaniem. W Polsce do tej pory film obejrzało 239 tysięcy widzów. To teoretycznie niedużo, ale to jest pierwszy film dla młodzieży, który powstał w Polsce od ładnych kilku lat. To ogromna satysfakcja i radość. Oglądając ten film, odczuwałem pewien rodzaj dumy i cieszyłem się, że wreszcie doszło do realizacji filmu, ponieważ sprzedałem prawa do ekranizacji wszystkich moich książek, ale do tej pory nic z tego nie wychodziło. Po tym sukcesie zapowiadane są kolejne ekranizacje. Będą to „Czarny młyn“ i „Arka czasu“.

 


 

A nad czym Pan obecnie pracuje?

Zimą pisałem książkę, którą planuję wydać we wrześniu. Będzie to pozycja z rodzaju science fiction, skierowana do trochę starszych nastolatków. Jestem ciekaw, jak mnie przyjmą czytelnicy, jak zareaguje środowisko związane z tego rodzaju literaturą, które jest bardzo skonsolidowane i w naszym kraju dosyć hermetyczne. To jest dziewiczy dla mnie teren, do którego się zapuściłem z ogromną radością, bo lubię ten gatunek. Druga pozycja, którą będę się zajmował latem, to kolejny tom cyklu o Majce, który piszę od paru lat, a który adresowany jest do młodszych czytelników. Zaczęło się to od „Czarownicy piętro niżej“. Do tej pory napisałem trzy tomy, teraz będzie kolejny.

 

Dzieci lubią ten cykl?

Tak, bo książki są zabawne, a mnie pisanie ich sprawia ogromną radość. To dla mnie relaks. Czwarta część będzie miała tytuł „Bez piątej klepki“.

 

Ooo, pamiętam z dzieciństwa, że była już taka książka, która miała w tytule klepkę...

Tak, Małgorzata Musierowicz napisała „Szóstą klepkę“. Proszę sobie wyobrazić, że to była jedyna klepka, wykorzystana w tytule książki. Bardzo mnie to zdziwiło, kiedy to odkryłem, bo to przecież znany frazeologizm, często pojawiający się w języku potocznym.

 

Małgorzata Wojcieszyńska, Wiedeń

Zdjęcia: Stano Stehlik


Joomla Templates and Joomla Extensions by ZooTemplate.Com
 

Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież